Ster prawo na burt

Noooo tyyyym razem to dopiero była przerwa. Aż musiałam przeczytać poprzedni wpis, żeby przypomnieć sobie o czym było. O zmianach, czyli w sumie nic nowego nie napiszę za chwilę. Z impetem zagościły w moim życiu i wygląda na to, że sytuacja nie ulegnie zmianie jeszcze przez dłuższy czas. I pisze to osoba, która jest bardzo świadoma tego, że naprawdę nie lubi zmian. Choć może powinnam napisać “nie lubiła”, bo chyba je w końcu polubiłam albo po prostu do nich przyzwyczaiłam. W każdym razie z ciekawością przyglądam się, dokąd mnie zaprowadzą różne moje życiowe decyzje. Czasami łapię się na tym, że w mojej głowie słyszę głos podpowiadający mi zaczepnie “a weź zrób tak i tak, zobaczymy co się stanie”. Zjawisko, jak na mnie, do tej pory niespotykane. Jakaś metamorfoza mojego mózgu się dokonała albo przeszłam tę wymianę komórek mózgowych, która podobno zachodzi co parę lat. Taki trochę reset ustawień albo może bardziej aktualizacja oprogramowania na nowsze i lepsze. Chyba bardziej w tę stronę. Ten mózgowy upgrade popchnął mnie do, w mojej ocenie, skoku na główkę w nieznane odmęty. Ale po kolei. Zaczęło się od beztroskich weekendów gdzieś na wiosce, nad jeziorem. Słońce, woda, ciepełko i…mogłabym już tak zawsze. Za każdym razem wracaliśmy z tego miejsca do domu a w mojej głowie smutek, że te weekendy mijają tak szybko, za szybko. Nie chcę wracać, chcę zostać tutaj. W drodze powrotnej K. skupiony na drodze a w mojej głowie odchodzi niezła burza myśli. Co by tu zrobić, żeby kiedyś móc zamieszkać w takim sielskim miejscu na stałe. Ludzie tak robią, jakoś im się udaje. A z drugiej strony jakiś deprecjonujący głos „ale to trzeba mieć kasę albo odziedziczyć siedlisko po babci, samo nic nie przychodzi, albo trzeba być rolnikiem, żeby kupić jakieś siedlisko powyżej hektara. No ale kupisz i co dalej. Z czegoś trzeba żyć. Ale, ale, ale….”. Z każdym takim “ale” znikały chęci do faktycznego przeanalizowania tematu i chociażby próby przymierzenia się do takiego projektu. Ci, którym się udało, o których czyta się w gazecie Weranda w większości przypadków są osobami, które wracają z dużych miast w rodzinne strony, bo mają dość korporacji, bo się wypalili i teraz chcą spokojnie żyć. Chodzić spać i wstawać z kurami, lepić garnki z gliny i robić lawendowe mydło. Sielanka. Też tak chcę. Jest tylko taki mały myk, nie mam dziadków na wsi już. Ich domy zostały rozebrane przez wujostwo. Szkoda, bo może można byłoby coś ciekawego z tym zrobić. No cóż, było minęło. Drugi myk polega na tym, że te strony, w których jako dziecko spędzałam beztroskie wakacje, bardzo mi kiedyś bliskie, kojarzące się z rodziną i spokojem, dziś omijam raczej szerokim łukiem z powodów osobistych. No więc wracamy do tej naszej Warszawy z myślą, że jutro znów do kieratu. I tak przez całe wakacje. Weekend za miastem i powrót w niedzielę. I któregoś razu, w trakcie takiego powrotu, mój K. informuje mnie, iż jego ex sprzedała mieszkanie i kupiła dom w swoich rodzinnych stronach. W pandemii pracuje głównie zdalnie, jak będzie trzeba to do Warszawy dojedzie ten raz w tygodniu. Myślę sobie, odważnie. Mnie nie byłoby stać na taką decyzję. A poza tym, gdzie mam iść, skoro moim domem jest Warszawa. Tu się urodziłam i całe życie mieszkam. Ale kropla drąży skałę. Zaimponowała mi taką decyzją do tego stopnia, że z jakąś zdwojoną siłą wróciły moje odległe, bardzo luźno snute w mglistej przeszłości plany a może bardziej głęboko skrywane, nie do końca uświadomione pragnienia, żeby może kiedyś jednak opuścić to miasto i faktycznie zaszyć się w jakiejś spokojnej wsi, prowadzić jakąś agroturystykę a wielki świat niech sobie pędzi dalej beze mnie. Ja już nie muszę i w sumie to nie chcę pędzić. Takie plany, które nigdy nie ruszone, nigdy się nie zrealizują bez chociażby najmniejszej inicjatywy, działania. I tak sobie jedziemy do domu i rozmawiamy a ja czuję, jak wzbiera we mnie chęć, żeby jednak spróbować. Zamienić mieszkanie w Warszawie na wiejskie siedlisko, ziemię, cokolwiek. Rok wcześniej, kiedy K. proponował mi taką opcję podczas spaceru po okolicach, w których spędzaliśmy regularnie weekendy, nie było o tym mowy. Nie przekonał mnie nawet piękny kawał ziemi na wzgórzu nad jeziorem z dostępem do linii brzegowej, z wielkim banerem “na sprzedaż”, za cenę, która dziś w pandemicznym szale w sektorze nieruchomości, wydaje się śmiesznie niską. Oczywiście tamten kawałek ziemi sprzedał się. Takie okazje nie czekają długo na chętnego. Niezdecydowany traci. Ale ja w tamtym czasie byłam jakoś przesadnie uwiązana do myśli o tym, że oto mam swoje miejsce na ziemi w postaci czterdziestu kilku metrów na 8 piętrze i za nic w świecie nie ruszę tego. Musiał minąć rok, musiałam posmakować wymuszonego pandemią stylu życia, jakże innego od tego w jakim funkcjonowałam od zawsze, żeby w ogóle zacząć rozważać jakąkolwiek zmianę kursu, zobaczyć inne możliwości, dostrzec potencjał i chcieć zaryzykować. Bo dla mnie to było ryzyko. Grać jedyną kartą jaką się ma. No więc jedziemy a ja gorączkowo w smartfonie sprawdzam różne opcje, które na bieżąco omawiamy. Co trzeba zrobić, aby kupić ziemię, jaki areał może kupić szary Kowalski, a jeśli chce więcej to jakie warunki musi spełnić. Co na to przepisy. Musi być rolnikiem. No dobrze, a w takim razie co trzeba zrobić, żeby być rolnikiem. Po nitce do kłębka. Dojechaliśmy do Warszawy z dwiema decyzjami: wystawiam mieszkanie na sprzedaż i zaczynamy studia na kierunku rolnictwo, rzecz jasna online ?. Co było dalej… w następnym odcinku.